Przyznam się bez bicia, że obraz Kennetha Lonergana umknąłby mi niepostrzeżenie, gdyby nie Oscarowe przepowiednie Grzybova, publikowane na niniejszym blogu. Tak się jednak nie stało. Na szczęście, bo Manchester by the Sea to świetnie napisany i zagrany dramat; dramat, który momentami rozbawił mnie do łez.

Lee Chandler powraca do swojego rodzinnego miasteczka, tytułowego Manchesteru, leżącego gdzieś nieopodal Bostonu. Nie jest to powrót powrót z własnej woli ani rodosny – przeciwnie, po śmierci brata Lee musi zaopiekować się swoim bratankiem. Jednocześnie odzywają się demony przeszłości: wydarzenia, które przed laty zmusiły Lee do wyjazdu.

105556-84965337
(c) Amazon Studios.

Manchester jest dziełem wielopłaszczyznowym – zarówno w kwestii formy, jak i treści. Mamy tutaj zarówno typowy dramat człowieka bezskutecznie starającego się rozliczyć ze swoją przeszłością, pierwszorzędny komediodramat typu coming of age, czy też nienachalne studium społeczne o postrzeganiu jednostki przez zamkniętą społeczność małego miasteczka.

Na pierwszy plan wysuwają się postaci i ich relacje między sobą – przede wszystkim przekonujący Casey Affleck jako wycofany i wypalony Lee. Wtóruje mu Lucas Hedges, jako jego bratanek Patrick – między tą dwójką panuje na ekranie niesamowita chemia, a ich relacja na linii wujek-bratanek jest bardzo wiarygodna. Słowo oczywiście trzeba wspomnieć o niesamowitej Michelle Williams, wcielającą się w Randi Chandler, byłą żonę Lee. Mimo ograniczonego czasu ekranowego, Williams błyszczy, a niektóre ze scen z jej udziałem to rzeczywiście wybitne kino. Trzy powyższe kreacje wybijają się ponad resztę (naprawdę solidnej) obsady, a Hedges i Williams świetnie dopełniają Afflecka.

manchester-sea-700x395
(hv1)

Uwagę moją przykuła również bardzo oszczędna i statyczna kamera – reżyser stawia na pozostawanie w raczej średnich i dalszych planach, bardzo rzadko decydując się na zbliżenia. Wpływa to rzecz jasna na odbiór filmu, dodając mu autentyczności i nieco dokumentalnego wrażenia. Warto również wspomnieć o dźwięku – w niektórych scenach jest on nieco inaczej zmontowany i uwydatniony, czasem dodając scenom komizmu, a czasem uwypuklając dramatyzm całej historii.

Manchester by the Sea mnie oczarował – nie jestem chyba w stanie znaleźć ani jednej poważnej wady w obrazie Kennetha Lonergana. Wszystko tutaj jest na miejscu – ciekawa historia i postaci, bardzo dobre aktorstwo, piękne zdjęcia i muzyka. Póki co najlepszy film, który widziałem w tym roku – Pan wybaczy, Panie Scorsese. Polecam.

PS. Sześć gwiazdek zarezerwowane mam dla filmów absolutnie wybitnych, stąd gwiazdek „tylko” pięć.

5tar

Reklamy