Poszedłem i już wiem. I będę się kajał. Amerykański Ghost in the Shell dzieli wiele elementów fabularnych i konkretnych scen z wersją sprzed 22 lat. Czy na pewno obejrzenie pierwowzoru jest dobrą decyzją? I tak, i nie. Czy hollywoodzka adaptacja może równać się z anime? Nie, ale nawet nie podejmuje takiej próby, co tylko wychodzi jej na dobre.

Muszę niestety przyznać, że na Ghost in the Shell (2017) lepiej bawić się będą osoby, które nie oglądały w ostatnim czasie anime z 1995 roku. Jasne, są ciekawe smaczki, można choćby uśmiechnąć się widząc krótki fragment ze śmieciarzami. Finałowa scena, pościg między blokami, czy chociażby intro to niemal kalki mangi przepuszczone przez filtr obrazu Mamoru Oshii’ego. Tej ostatniej towarzyszy z resztą motyw Clinta Mansella silnie inspirowany muzyką Kenji’ego Kawai’ego. Ciężko mi określić, czy te fragmenty podobałyby mi się bardziej, gdybym widział je po raz pierwszy. Zrobiły na mnie jednak wrażenie i po raz wtóry, nie mam więc powodów do narzekań. Ogólnie największym atutem filmu jest niesamowita strona wizualna. Fenomenalnie prezentuje się zestawienie oblanego interaktywną reklamą miasta przyszłości z klasycznie cyberpunkowym realizmem zaułków i podziemi. Nowoczesny świat wspaniale jest kontrapunktowany niby współczesnymi blokowiskami i znamiennymi piętrowymi cmentarzami.

sub-buzz-14660-1474570859-16
Buzzfeed

Wiele kontrowersji wzbudził casting. Prywatnie Scarlett Johansson wciąż nie do końca odpowiada mi w roli Major, nie spełniły się jednak obawy na miarę Lucy, gdzie prostacki scenariusz przełożył się na bardzo sztywną grę głównej postaci. Tutaj scenariusz jest znacznie bardziej logiczny i spójny (o nim później), a Scarlett – poprawna i dość wyważona. Zwraca uwagę Pilou Asbaek, fizycznie nieprzypominający już Kaspera Juula z Borgen. To Batou jak żywy, tak w zachowaniu, jak i po prostu fizycznie (dzięki sprytnym trikom oczywiście). Poza tą dwójką żadna z postaci nie ma szansy wyraźnie zaistnieć na ekranie. Nieco wyłamuje się wzbudzający sympatię i budzący szacunek Aramaki (Takeshi Kitano), osłabia mnie natomiast do bólu nijaka Ouelet (Juliette Binoche).

Słowo o scenariuszu – jest tak źle, że aż dobrze. Wszystko zależy od oczekiwań. Filozoficzna wymowa anime, zadająca uniwersalistyczne pytanie o granicę między człowiekiem i maszyną, zostaje sprowadzona do tożsamościowego kryzysu jednej bohaterki. Tak potężne uproszczenie odbija się nie tylko na głębi postaci Major, ale i na głównym antagoniście, redukując wymowę jego słusznych skądinąd pobudek jedynie do zemsty. Oczywiście Kuze (Michael Pitt) nieobce są dążenia do przekroczenia definicji człowieka i androida, mające być „następnym etapem ewolucji”. Za wiele tu jednak amerykańskiego podejścia do sci-fi i właściwego mu rozumienia motywacji sztucznej inteligencji. Brakuje próby zrozumienia czym właściwie są ludzie i maszyny. Trójka scenarzystów uosabia próby połączenia kina akcji, kryminału i emocjonalnego portretu postaci. Nad wszystkim pieczę sprawował jednak Avi Arad, ojciec filmowego Iron Mana. I widać to im bliżej końca, gdy władzę przejmuje nastawienie na balansowanie oczekiwań możliwie szerokiej grupy widzów.

x720-xi_
DMCDN

Mamy tu sporo z klimatu oryginału, także dzięki umiejętnemu wykorzystaniu ścieżki dźwiękowej z anime. Ghost in the Shell to dość nieskomplikowane, ale przyzwoite sci-fi, z pewnością powyżej większości produkcji gatunku w ostatnich latach. Nie otrzymujemy tu jednakże takiej uczty fabularnej połączonej z wiarą w inteligencję widza, jak mogliby tego oczekiwać fani japońskiego pierwowzoru. Choć jeśli się zastanowić, dotychczasowe doświadczenia z amerykańskimi remake’ami powinny takie oczekiwania obniżać. Jeśli przyjąć tę perspektywę, film Ruperta Sandersa to całkiem dobra pozycja quasi-blockbusterowa, do której trzeba jednakże odpowiednio podejść. Zwykle, gdy film próbuje być zbyt wieloma rzeczami naraz, może wyjść marnie. Adaptacja mangi Masamune Shirowa nie przekracza jednak cienkiej granicy między kompleksowością a przeładowaniem i broni się jako samodzielny twór filmowy. Lekko niepewna, ale jednak „czwórka” ode mnie i zaproszenie do kina z etykietką „raczej polecam”.

4star

Reklamy