Sześć lat temu w światowych kinach zadebiutował kultowy już w pewnych gremiach Drive. Opowieść o brutalnym i tajemniczym kierowcy zarobiła około 76 milionów dolarów i przyniosła rozgłos swojemu twórcy. Jak miało się okazać, nie było to apogeum, a jedynie jeden z punktów w ewolucji jednej z najbardziej niezwykłych postaci na pograniczu kina artystycznego i rozrywkowego.

Z czym świat może kojarzyć Danię? To w powszechnej opinii kraj szczęśliwy, z wysokim poziomem życia i niemal wolny od problemów społeczno-kulturowych, będących utrapieniem Europy Zachodniej. Kopenhaga to kraina ludzi poruszających się na rowerach oraz oaza wolności i niezależności na Christianie. W połowie lat 90-tych Nicolas Winding Refn ukazał szerszej widowni jej nieco inną twarz – pełną nieczystych interesów, ulicznego języka i nieformalnych zależności drobnych i całkiem poważnych kryminalistów. Pusher był odświeżającą perspektywą życia kopenhaskiego prekariatu, złożoną z palety wyblakłych i krwistych barw, zdobywającą widza niczego nie udającym realizmem.

f856fa1ab1e9fd5e93931f6904d5
Pusher (film.com.pl)

Film oferuje nam coś, co było wizytówką na pierwszym etapie twórczości Refna – graniczącą z dokumentalizmem prawdziwość. Zarówno Pusher, jak i w późniejszy Bleeder nie oferują aktorstwa nie stoi na wybitnym poziomie. Zbytnia egzaltacja w budowie postaci z pewnością odebrała by kluczową wartość tych produkcji – możliwość przyjrzenia się zachowaniom ludzi zderzonych z przerastającą ich sytuacją. I to zarazem bez upiększeń, ale i wartościowania, wykazując wszystkie wady i zalety postaci oraz przypisanych im postaw. Drugi film oferuje jednak mocniej zarysowane charaktery, zmagające się z niemożnością poradzenia sobie z wymaganiami stawianymi przez otoczenie. Główny bohater Leo (Kim Bodnia) nie akceptuje nieuchronnych zmian, jakie muszą nastąpić w życiu przyszłego ojca. Widać tu wyraźny konflikt, pomiędzy chęcią utrzymania własnej tożsamości i koniecznością pójścia na kompromisy. Pracujący w wypożyczalni wideo Lenny (Mads Mikkelsen) reprezentuje komfort, jaki daje unikanie zaangażowania w zderzeniu z oczekiwaniami innych. Przy tym wszystkim towarzyszy mu strach przed podjęciem ryzyka i otwarciem się na nieznane. W tle zarysowano zaś kwestię napięć rodzących się w wielokulturowym społeczeństwie, w którym niepozorne zdarzenia mogą stać się katalizatorem dla uzewnętrznienia skrywanych frustracji.

We wczesnych filmach Duńczyka widać pewne elementy, które stały się jego znakami firmowymi – sposób przedstawienia postaci bardzo łatwo wprowadzający widza w ich charakter. Nie idzie przy tym prostą drogą streszczenia ich osobowości poprzez pojedyncze zdarzenia, czy za pomocą narratora. Do tego zimna kolorystyka przeplatana krwistą czerwienią. Przyczyną tego drugiego jest daltonizm reżysera, uniemożliwiający postrzeganie barw o niskim kontraście. Stosunkowo niewielkim kosztem (Pusher kosztował około sześciu milionów koron, niewiele ponad trzy miliony złotych) stworzył obrazy, które przysporzyły mu fanów daleko poza ojczyzną, pozwalając na kręcenie za oceanem.

fear-x
Fear X (iscfc.net)

W 2003 roku po raz pierwszy przed kamerą zgromadził postaci szerzej znane w światowym kinie. Nie rezygnując ze swojego stylu, mając do dyspozycji zawrotną sumę sześciu milionów dolarów, stworzył historię ochroniarza (John Turturro) maniakalnie dążącego do wyjaśnienia przyczyn śmierci bestialsko zamordowanej żony. Stworzony wspólnie z Hubertem Selbym scenariusz koncentruje się na obsesji, nakazującej poszukiwanie sensu w zdarzeniach go pozbawionych. Ludzka potrzeba racjonalizacji jest w tym przypadku jedynym, co może zachować głównego bohatera od szaleństwa, jednocześnie samo dążenie do poznania mitycznej prawdy jest tym, co popycha go w objęcia obłędu. Kapitalnym wyborem obsadowym był John Tuturro, który w tej niedocenianej i nieco zapomnianej roli stworzył jedną z najciekawszych kreacji w swojej karierze, bez zbędnej przesady stopniowo ukazując przemianę swej postaci. Fear X spotkał się z mieszanym przyjęciem krytyki, przede wszystkim jednak stał się boxoffice’ową katastrofą, stawiającą samego reżysera na skraju bankructwa. Historia spłaty narosłego wtedy długu została z resztą przedstawiona trzy lata później w dokumencie Gambler. Z 5,5 milionami koron do spłacenia po nieudanym debiucie anglojęzycznym, Refn powrócił do korzeni.

Wskrzeszenie Pushera i kręcenie jego kontynuacji mogło wydawać się desperackim krokiem. Tymczasem druga i trzecia część trylogii w ciekawy sposób kontynuowały historie Tonny’ego i Milo. Refn wciąż miał coś do powiedzenia, wobec czego nowe filmy nie były prostym odgrzewaniem drugo- i trzecioplanowych postaci, pod nieobecność Franka, granego niemal dekadę wcześniej przez Kima Bodnię. Powrót do przepełnionej narkotykami i grami interesów Kopenhagi został wykorzystany do sportretowania nowych problemów, zapewne zainspirowanych dojrzewaniem Windinga nie tylko jako twórcy, ale przede wszystkim jako człowieka.  W drugiej części, Krwi na rękach, grany przez Madsa Mikkelsena Tony opuszcza więzienie, by zmagać się z trudnym powrotem do własnego środowiska, w którym nikt na niego nie czeka. Zmuszony jest w przyspieszonym trybie najpierw zaakceptować, a później w bólach dorosnąć do roli ojca. Sam spiritus movens fabuły przypomina zastosowany w pierwszym Pusherze, z czasem zostaje jednak zepchnięty w cień przez brutalnie ukazaną genezę postaci Tony’ego, wywiedzioną z jego własnych błędów i zaniechań, ale i fatalnej erozji stosunków z ojcem.

pusheriii
Pusher III: Jestem aniołem śmierci (blogspot)

Podniesienie znajdującego się dotychczas w tle barwnego Milo (Zlatko Burić) do roli głównej postaci było decyzją ryzykowną. Postać ta, wnosząca dyskretny ładunek komediowy wymieszany z brutalną stanowczością, wydawał się trudny do spożytkowania w roli pierwszoplanowej. A jednak powracając po raz ostatni do świata Pushera, Refn nakręcił prawdopodobnie najlepszą część trylogii. Dzień z życia narkotykowego króla Kopenhagi to nie prosta historyjka o bogactwach i władzy. Raczej boleśnie realistyczny obraz człowieka zmęczonego życiem i ciągłymi wyzwaniami, zagrożonego ze wszystkich stron i zmuszonego do akceptacji gorzkich kompromisów. Dobrze przyjęte w Skandynawii i zauważone z uznaniem w Europie kontynuacje debiutu dały mu wytchnienie. Finansowa niezależność, uzyskana także dzięki kręceniu reklam, odcinków taśmowych produkcji brytyjskiej telewizji i sprzedaniu praw do adaptacji Pushera, znalazła odzwierciedlenie w kolejnych filmach. Nie mniej naznaczonych autorskim podpisem, ale idących coraz dalej w eksperymentalnych poszukiwaniach.

Zbliżający się do 40-ki Refn miał powrócić do kręgu anglojęzycznego ze znacznie lepszym skutkiem w Wielkiej Brytanii. W Bronsonie i Valhalli: Mrocznym wojowniku przedstawia silnego protagonistę, który w obu przypadkach z sukcesem jest w stanie wzbudzić w widzu ogromną fascynację nie zawsze wyraźnie określonym złem i brutalnością. Czyni to jednak przy zastosowaniu całkowicie różnych środków. W pierwszym z filmów Tom Hardy staje się przewodnikiem po własnej opowieści, wyjaśniającym motywacje i prowadzącym widownię (dosłownie!) ścieżkami swojego szaleństwa. Zamknięta w większości w szpitalach psychiatrycznych i więzieniach historia to popis fenomenalnych umiejętności aktorskich Brytyjczyka, który od pracy przy kosztującym kilkaset tysięcy funtów Bronsonie faktycznie rozpoczął swoją drogę ku największym przebojom Hollywood. Ograniczona przede wszystkim do klaustrofobicznych przestrzeni przemiana Michaela Petersona nie wiedzie nas prostą drogą do uleczenia więźnia lub jego całkowitego obłędu. Dostajemy raczej wizję wewnętrznego rozwoju i znalezienia ujścia dla postępującej fiksacji. Zarazem jest to rzadki przykład całkiem udanej próby połączenia artystycznego kina autorskiego z kinem rozrywkowym. Przy wszystkich pozytywnych recenzjach, podkreślających walory gry aktorskiej, charakteryzacji i prowadzenia kamery, to po prostu film przyjemny w oglądaniu także dla widza poszukującego przede wszystkim zabawy.

valhalla_rising_2009_1280x639_8708701
Valhalla: Mroczny wojownik (film.org.pl)

Po tak jasno wyznaczonym kursie nikt nie spodziewał się u Refna niczego nowego. Valhalla: Mroczny wojownik to jednak film niełatwy i to w wielu wymiarach. Choćby w odbiorze akcji, snującej się niespiesznie niczym mgła po wzgórzach Szkocji. Mimo obecności średniowiecznych rycerzy nie uświadczymy widowiskowych scen walki, a podróż nie przyniesie przygód na miarę „Pieśni o Rolandzie”, choć pewne elementy wspólne nawet z tym utworem można by odnaleźć. Ciekawym zabiegiem jest połączenie motywów ze starych sag nordyckich z wierzeniami chrześcijańskimi oraz wyprawy w typie tej Ryszarda Lwie Serce, a faktycznie i Eryka Rudego. Bogata symbolika i działania postaci kuszą interpretacją traktującą o roli Boga w życiu człowieka. Wizje wojownika pozwalają zagłębić się w nieznanym świecie i dają pojęcie o niejako przeznaczonej mu roli. Szerokie kadry pełne malowniczych wzgórz paradoksalnie sprawiają, iż jest to obraz bardzo kameralny. Mały człowiek odwołuje się tu do siły wyższej i w poczuciu bezsilności zdaje się na wolę Boga. Wydaje się, że był to krok milowy w ewolucji Refna jako reżysera. Jednooki (wybitny Mads Mikkelsen) w przeciwieństwie do Bronsona nie ułatwia zrozumienia swojej historii i to nie tylko dlatego, że jest niemy. Zubożeniu ulega warstwa fabularna i dialogi. Ascetyczna treść ustępuje rozbudowanej i zapierającej dech formie, przedstawionej za pomocą surowych krajobrazów zestawionych z monochromatycznymi lub czerwono-szarymi wizjami. Duński twórca za pomocą wyrafinowanej formy stara się zastąpić treść.

W swoim najpopularniejszym Drive do prostej, acz ciekawej historii dołożył świetnie odegraną relację dwójki sąsiadów, których połączą okoliczności. W gestii reżysera pozostaje odpowiednie ukazanie tej relacji oraz zbudowanie wizerunku postaci, co udaje się z pomocą świetnie skomponowanych ujęć i gry światłocieniem. Podobnie jak w Bronsonie i Valhalii nie chce już opowiadać o społeczeństwie, a skupia się na człowieku i jego motywacjach, umieszczając małomównego kierowcę w typie bohaterów kina drogi w centrum dramatycznych wydarzeń, do uczestnictwa w których nigdy nie aspirował. Obrócenie wad Ryana Goslinga, choćby pewnej sztywności w grze, w zaletę oraz wykorzystanie wrodzonej emocjonalności w zachowaniu Carey Mulligan pozwala skupić się na tym, co w Drive najistotniejsze. Na akcji, zmuszającej widza do wbicia się w fotel aż po finał. Efektu dopełniła kapitalna ścieżka dźwiękowa autorstwa Cliffa Martineza, który umieścił takich twórców jak Kavinsky i Desire na stałe w odtwarzaczach wielu kinomanów. Jego własne kompozycje rozpoczęły natomiast ciekawą współpracę z reżyserem, która z pewnością nie skończy się na dotychczasowych projektach.

OGF_Stills.32_2btkhw03.jpg
Tylko Bóg wybacza (quotesfab.com)

W pewnych aspektach dobrze wypróbowany zespół Refn przeniósł do swojego dziewiątego kinowego filmu. W Tylko Bóg wybacza po raz kolejny w centrum jest Ryan Gosling, a oprawę muzyczną buduje Martinez. Jest to jednak oryginalny scenariusz samego Refna, pierwszy własny twór od czasu trzeciego Pushera. To bardziej osobista historia, traktująca o trudnych relacjach rodzinnych, przede wszystkim z matką, wspaniale sportretowaną przez Kristin Scott Thomas. Jak sam stwierdzał, ‚musiał wejść do matczynego łona, by móc ponownie się narodzić’. Nakręcony i osadzony w Bangkoku obraz to powrót do stylu znanego z Valhalii – niespiesznego, skupionego na aspekcie wizualnym, ale dodatkowo także porażający kolorem i egzotyką, obecną w warstwie fabularnej i samej formie. Budowane z pietyzmem kadry nie skupiają się na akcji, zachwycając raczej paletą barw i potężnym ładunkiem emocjonalnym generowanym przez silne osobowości obecne na ekranie. To jak wiele podobieństw można znaleźć na papierze pomiędzy Tylko Bóg wybacza, a głośnym Drive było zapewne jedną z przyczyn nienajlepszych ocen. Widzowie hitu sprzed dwóch lat z pewnością nie spodziewali się po Duńczyku semifilozoficznej opowieści o zemście i ludzkich słabościach z bardzo głębokimi postaciami i wypranym z jakichkolwiek emocji Goslingiem.

Wreszcie ‚odrodzony jako 16-letnia dziewczyna’, poszedł jeszcze dalej w poszukiwaniu formy, która zastąpi treść. By to osiągnąć pożenił horror z dramatem i osadził go w banalnych realiach świata modelingu słonecznej Kalifornii. Neon Demon zadebiutował na ekranach latem 2016 roku. Potężny rozstrzał ocen, pełne spektrum recenzji i emocjonalne reakcje widzów unaoczniają, jak bardzo nieszablonowy film stworzył z tego materiału. Coraz mniej mówi o świecie, a coraz więcej o człowieku – jego żądzach, instynktach, ale też marzeniach i pragnieniach. Oszałamiająca forma, oddająca blichtr faktura kolorów i głębokie wejście w psychikę postaci za pomocą nieoczywistej symboliki, przekazywanej za wykorzystaniem halucynacji i snów, budują historię wybitnie angażującą. Jeszcze mocniej zanurzamy się w świecie Refna, oddającego rolę w ręce Elle Fanning. Po raz pierwszy odważył się na umiejscowienie w roli protagonistki kobiety, jakby czyniąc z tego swoistą protezę za niezrealizowane marzenie o nakręceniu kinowej Wonder Woman. Posługując się hipnotyzującą muzyką Martineza tworzy swoje wymarzone dzieło, doprowadzając do ekstremum aspekt wizualny, jednocześnie nie tworząc kompletnej wydmuszki fabularnej, jak określano Tylko Bóg wybacza. Z resztą nie bez racji. Opowieść o dojrzewaniu i wierze we własną szansę i następującej po niej pysze, przeradza się w ociekający napięciem thriller wiodący ku krwawemu apogeum.

1
Neon Demon (paradoks.net.pl)

Filmografia Nicolasa Windinga Refna to historia zbyt szybkiej wyprawy na podbój szerokiego świata i późniejsza powolna, bardziej ewolucyjna wspinaczka. Ostatnia dekada to poszukiwania nowych sposobów wyrazu, mocno inspirowanych wytworami kultury lat 70-tych i 80-tych, tak w warstwie fabularnej, wizualnej, jak i muzycznej. Przejście od budowy filmu na bazie brutalnego realizmu w kierunku rozbudowanej symboliki i misternej gry z widzem za pomocą układanego precyzyjnie świata. To także ciągłe przesuwanie granicy tego, co wypada pokazać. Refn nie wymyśla kina na nowo, korzysta z narzędzi opracowanych dużo wcześniej. Stosując proste zabiegi wciąż jednak zaskakuje, dostarcza ważnych pytań, na które nie udziela prostych odpowiedzi. Zaprasza do uniwersum niejednoznacznych charakterów, bez natrętnego wartościowania postaw i krytyki zachowań. A przy tym nie popada w rutynę, wciąż dostarczając emocji – czegoś, co w kinie najcenniejsze.

Reklamy