Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby najnowszy film Luca Bessona reklamować jako Wizjonerskie dzieło autora Piątego Elementu i Lucy. O ile pierwszy z wymienionych tytułów to już klasyka sci-fi (czerpiąca z resztą pełnymi garściami z komiksowego Valeriana i Laureliny), o tyle drugi zdecydowanie zniechęca do nowych produkcji francuskiego reżysera. Jak się na szczęście okazuje – raczej bezpodstawnie.

Valerian i miasto tysiąca planet to historia śledztwa dwójki agentów, przypominająca w sporym stopniu wspomniany już Piąty element. Tym razem dostajemy nieco lepiej zarysowany kontekst polityczny oraz ciekawą genezę XXVIII-wiecznego świata. Valerian (Dane DeHaan) i Laurelina (Cara Delivigne) wykonując zadanie zostają wplątani w intrygę, której celem było ukrycie niewygodnych dla ludzkiego rządu faktów. Nie zdradzając zbyt wiele z fabuły, muszę stwierdzić iż byłem pozytywnie zaskoczony lekkością podejścia do tematu. To nie twarde sci-fi, a kino przygodowe w typie starych komedii sensacyjnych z nieźle nakreślonymi głównymi bohaterami. Cały seans to przeszło dwie godziny wspaniałych efektów specjalnych i popisu wyobraźni ludzi odpowiedzialnych za prace koncepcyjne. Akcja toczy się wartko, humor dawkowany jest odpowiednio, nawet krytykowany brak chemii między głównymi bohaterami to jednak przesadzony zarzut.

valerianpic
brieftake.com

W przeciwieństwie do komiksowego pierwowzoru, mamy tu mniej komentarzy społecznych i politycznych, ostała się na szczęście silna i autonomiczna postać kobieca, stanowiąca dobrą przeciwwagę do tytułowego bohatera. Krytyka podstawowych ludzkich wad (chciwość, megalomania, egocentryzm) na szczęście nie przekracza granicy generalizacji. Tym, co pozwala się bawić jednak najlepiej, jest jednak przygoda zafundowana przez speców od CGI. Oglądałem film w 2D, ale podejrzewam że zabawa w IMAX jest jeszcze lepsza, bo to rzadki przykład filmu rzeczywiście stworzonego by wykorzystać wszystkie zalety stereoskopii. Wszystkiemu towarzyszy przyjemna ścieżka dźwiękowa, a przy otwierającym film Space Oddity Davida Bowiego ciężko się nie uśmiechnąć.

Prostota i momentami niespójność scenariusza to cecha tego gatunku, zatem nie będę się czepiał tej części. Największą wadą jest jednak główny bohater – do DeHaana byłem może nieco uprzedzony, ale jego momentami mocno nienaturalna gra i słaba prezentacja bliskiej relacji z Laureliną odbierają trochę radości z oglądania. Pozytywnie zaskoczyła Cara Delevigne – urocza, ale i z pazurem. Nie spodziewałem się po niej umiejętności aktorskich, a jest przynajmniej poprawnie. Reszta postaci tworzy jedynie tło, może za wyjątkiem trochę zbyt szarżującego Clive’a Owena.

valerian-city-of-a-thousand-planets-trailer-one-001
Kino Świat

Nie będę ściemniał – Valeriana czytałem jeszcze w dzieciństwie i powróciłem do niego dopiero przy okazji filmu. Zapamiętałem go jako znacznie głębszą opowieść, mającą ambicję stać w jednym szeregu z beletrystyczną literaturą sci-fi. Filmowa adaptacja to produkt rozrywkowy, stworzony po to by oszałamiać kolorami i fantastycznymi sekwencjami akcji. Na tym polu ani trochę nie zawodzi. Pomijając nietrafiony wybór DeHaana do jednej z dwóch głównych ról (choć tu bokononista się ze mną nie zgadza), Besson odkupił się u mnie za Lucy. Przy obecnej ofercie kin Valerian to z pewnością czas spędzony na dobrej zabawie przy niezłym letnim blockbusterze i propozycja warta polecenia. Oczarowany stroną wizualną daję naprawdę wysoką ocenę.

4star

 

Reklamy